One shot
"wyrwane z kontekstu" fan fiction potterowskie
MUZA
cz.1
- Zapomnij! - krzyczę i zaplatam ręce na piersi. - Co ja jestem?! Na pewno nie twoją sową, ani gońcem! Masz jakiś problem?!
- Uspokój się kobieto! - przerywa mi Adrian i unosi ręce w pojednawczym geście. - Sam mu to powiem, ale wtedy musisz liczyć się z tym, że mogę nie wrócić.
- Przecież cię nie zabije! - kpię z niego, ale jego mina pozostaje śmiertelnie poważna. - Acha... - Dodaję i spuszczam głowę, żeby nie widział zawodu w moich oczach.
- Ciebie nie zabije. - mówi - Jesteś przecież dla niego cenna, Muzo.
- Niech ci będzie... - odpowiadam i wychodzę z sowiarni. Uważam na oblodzone schody, a moją czarną pelerynę przykrywają płatki śniegu. Uwielbiam zimę. Zwłaszcza kuligi, kiedy pracuję jako woźnica w kuligach szkolnych i popędzam moje ukochane konie: Alaskę i Blitz'a. Na co dzień przebywają one w stajniach na podzamczu. Opiekuję się nimi i lubię spędzać z nimi czas. Mam w sumie cztery konie, ale dwa pozostałe zostały w moim rodzinnym kraju, Polsce. Opiekują się nimi moje przyjaciółki, które nie wiedzą o istnieniu magii.
Ale dość o koniach. Mam zadanie do wypełnienia. Wchodzę do szkoły i znajduję się w przestronnym holu. Od razu kieruję się w stronę lochów, gdzie znajduje się dormitorium Ślizgonów. Wyciągam moją różdżkę i wypowadam jakieś zaklęcie. Jestem w tym dobra, bo znam dokładne znaczenie magicznych słów. Każda muza to potrafi. My przecież układamy pieśni, które potem sprzedajemy za drobne pieniądze syrenom, a one śpiewają je, zwodząc żeglarzy na skały.
- Czego?! - słyszę wściekły głos Draco - Nie wiesz, gdzie twoje miejsce pierwszaku?! - jasnowłosy wyżywa się na jakimś nowym uczniu. Ja też w sumie jestem tu nowa. Uczęszczam do Hogwartu od kilku miesięcy. Wcześniej byłam we francuskiej szkole, ale miałam problem z językiem. Angielski ułatwia życie.
- Witaj. - Odzywam się melodyjnym głosem, a czarodziej spogląda w moją stronę. Mały brunet wykorzystuje chwilę nieuwagi swojego oprawcy i ucieka.
- Cześć! - odpowiada chłopak i prezentuje rząd śnieżnobiałych zębów. - Co cię do mnie sprowadza? - pyta bez owijania w bawełnę - Bo przecież nie przyszłaś sobie ot tak, pogadać.
- Masz rację. - Odpowiadam i podchodzę kilka kroków bliżej, ale nadal dzieli nas ponad metr.
- Powiesz wreszcie? - niecierpliwi się Ślizgon - Nie przywykłem do rozmawiania z Gryfonami dłużej niż piętnaście minut.
- Jakimś cudem... - przełykam głośno ślinę, aby zyskać trochę czasu - cała szkoła dowiedziała się, że jesteś... - przerywam na chwilę, ponieważ boję się jego reakcji - śmierciożercą. - Ostatnie słowo wypowiadam tak cicho, że ledwo mnie słyszy. Patrzę mu w oczy, ale teraz nie widzę tam nic. Są jakby martwe... Nagle ogarnia mnie przerażenie i nabieram chęci, aby jak najszybciej uciec. Robię to. Biegnę i biegnę. Nie wiem gdzie, ale ważne, że jak najdalej od tych pustych oczu Ślizgona. Wybiegam na śnieg. Lekki puch przyczepia się do mojej peleryny, mocząc ją. W pewnym momencie staję przed chatką Hagrida. Pokonuję tych kilka schodków i pukam do drzwi.
- Kto tam? - słyszę donośny głos gajowego i jego ciężkie kroki. Drzwi się otwierają i pojawia się w nich ogromna postać Hagrida.
- To ty, - mruczy - wejdź.
- Dziękuję. - Odpowiadam, choć to nie jest potrzebne. Zamykam za sobą drzwi i wieszam mój mokry płaszcz niedaleko kominka, ab wysechł. Dopiero w tym momencie zauważam, że płaczę.
- Co się stało? - pyta gajowy, ale nie zamierza dopytywać. Odczekuję chwilę, chcę ochłonąć. Dopiero po jakimś czasie odpowiadam chaotycznie, nieskładnie, trochę bez sensu, ale Hagrid rozumie
- Ślizgon... ś-śmier-śmierciożerca... - próbuję powiedzieć jakieś porządne zdanie, ale nie potrafię tego zrobić. Mam już przecież siedemnaście lat, a płaczę jak małe dziecko... a na dodatek nie wiem z jakiego powodu! To strach, zmęczenie... a może widok tych jego pustych oczu? Niee... to nie mogło mnie tak poruszyć! Jestem kobietą, a nie mazgajem! A może... może coś do niego czuję? Nie! To byłaby najgłupsza rzecz w moim życiu! Muza i śmierciożerca... Ha! dobre sobie...
- Wiem, co może ci pomóc. - Nagle Hagrid wyrywa mnie z rozmyślań i spoglądam na niego spod opuchniętych powiek.
- Tak? - ponaglam go pytaniem.
- Może... masz ochotę na przejażdżkę na Hardodziobie? - uśmiecha się do mnie, a ja próbuję to odwzajemnić, ale marnie mi to wychodzi. Mężczyzna bierze to jako odpowiedź twierdzącą i podaje mi mój płaszcz. Zakładam go i sama wychodzę na śnieg. Na tym hipogryfie miałam okazję przelecieć się tylko raz, ale był to nie lada wyczyn, gdyż Dziobek dopuszcza do siebie tylko nieliczne osoby.
- Dziobek! - wołam hipogryfa, a on przylatuje. - Dziwne... - mruczę pod nosem, kłaniam się mu, a on powtarza mój ruch. Podchodzę do niego powoli. Ostrożności nigdy za wiele.
____________________
Oto macie moją wenę twórczą ^^ Łapcie i czytajcie, bo wena mnie opuszcza... :c
Ehh... co by Wam tu więcej napisać... nic, życzę wesołego po świętach i szczęśliwego nowego roku!
A teraz lecę, bo mój brat mnie straszy skarpetami :p
SilverGold
"wyrwane z kontekstu" fan fiction potterowskie
MUZA
cz.1
- Zapomnij! - krzyczę i zaplatam ręce na piersi. - Co ja jestem?! Na pewno nie twoją sową, ani gońcem! Masz jakiś problem?!
- Uspokój się kobieto! - przerywa mi Adrian i unosi ręce w pojednawczym geście. - Sam mu to powiem, ale wtedy musisz liczyć się z tym, że mogę nie wrócić.
- Przecież cię nie zabije! - kpię z niego, ale jego mina pozostaje śmiertelnie poważna. - Acha... - Dodaję i spuszczam głowę, żeby nie widział zawodu w moich oczach.
- Ciebie nie zabije. - mówi - Jesteś przecież dla niego cenna, Muzo.
- Niech ci będzie... - odpowiadam i wychodzę z sowiarni. Uważam na oblodzone schody, a moją czarną pelerynę przykrywają płatki śniegu. Uwielbiam zimę. Zwłaszcza kuligi, kiedy pracuję jako woźnica w kuligach szkolnych i popędzam moje ukochane konie: Alaskę i Blitz'a. Na co dzień przebywają one w stajniach na podzamczu. Opiekuję się nimi i lubię spędzać z nimi czas. Mam w sumie cztery konie, ale dwa pozostałe zostały w moim rodzinnym kraju, Polsce. Opiekują się nimi moje przyjaciółki, które nie wiedzą o istnieniu magii.
Ale dość o koniach. Mam zadanie do wypełnienia. Wchodzę do szkoły i znajduję się w przestronnym holu. Od razu kieruję się w stronę lochów, gdzie znajduje się dormitorium Ślizgonów. Wyciągam moją różdżkę i wypowadam jakieś zaklęcie. Jestem w tym dobra, bo znam dokładne znaczenie magicznych słów. Każda muza to potrafi. My przecież układamy pieśni, które potem sprzedajemy za drobne pieniądze syrenom, a one śpiewają je, zwodząc żeglarzy na skały.
- Czego?! - słyszę wściekły głos Draco - Nie wiesz, gdzie twoje miejsce pierwszaku?! - jasnowłosy wyżywa się na jakimś nowym uczniu. Ja też w sumie jestem tu nowa. Uczęszczam do Hogwartu od kilku miesięcy. Wcześniej byłam we francuskiej szkole, ale miałam problem z językiem. Angielski ułatwia życie.
- Witaj. - Odzywam się melodyjnym głosem, a czarodziej spogląda w moją stronę. Mały brunet wykorzystuje chwilę nieuwagi swojego oprawcy i ucieka.
- Cześć! - odpowiada chłopak i prezentuje rząd śnieżnobiałych zębów. - Co cię do mnie sprowadza? - pyta bez owijania w bawełnę - Bo przecież nie przyszłaś sobie ot tak, pogadać.
- Masz rację. - Odpowiadam i podchodzę kilka kroków bliżej, ale nadal dzieli nas ponad metr.
- Powiesz wreszcie? - niecierpliwi się Ślizgon - Nie przywykłem do rozmawiania z Gryfonami dłużej niż piętnaście minut.
- Jakimś cudem... - przełykam głośno ślinę, aby zyskać trochę czasu - cała szkoła dowiedziała się, że jesteś... - przerywam na chwilę, ponieważ boję się jego reakcji - śmierciożercą. - Ostatnie słowo wypowiadam tak cicho, że ledwo mnie słyszy. Patrzę mu w oczy, ale teraz nie widzę tam nic. Są jakby martwe... Nagle ogarnia mnie przerażenie i nabieram chęci, aby jak najszybciej uciec. Robię to. Biegnę i biegnę. Nie wiem gdzie, ale ważne, że jak najdalej od tych pustych oczu Ślizgona. Wybiegam na śnieg. Lekki puch przyczepia się do mojej peleryny, mocząc ją. W pewnym momencie staję przed chatką Hagrida. Pokonuję tych kilka schodków i pukam do drzwi.
- Kto tam? - słyszę donośny głos gajowego i jego ciężkie kroki. Drzwi się otwierają i pojawia się w nich ogromna postać Hagrida.
- To ty, - mruczy - wejdź.
- Dziękuję. - Odpowiadam, choć to nie jest potrzebne. Zamykam za sobą drzwi i wieszam mój mokry płaszcz niedaleko kominka, ab wysechł. Dopiero w tym momencie zauważam, że płaczę.
- Co się stało? - pyta gajowy, ale nie zamierza dopytywać. Odczekuję chwilę, chcę ochłonąć. Dopiero po jakimś czasie odpowiadam chaotycznie, nieskładnie, trochę bez sensu, ale Hagrid rozumie
- Ślizgon... ś-śmier-śmierciożerca... - próbuję powiedzieć jakieś porządne zdanie, ale nie potrafię tego zrobić. Mam już przecież siedemnaście lat, a płaczę jak małe dziecko... a na dodatek nie wiem z jakiego powodu! To strach, zmęczenie... a może widok tych jego pustych oczu? Niee... to nie mogło mnie tak poruszyć! Jestem kobietą, a nie mazgajem! A może... może coś do niego czuję? Nie! To byłaby najgłupsza rzecz w moim życiu! Muza i śmierciożerca... Ha! dobre sobie...
- Wiem, co może ci pomóc. - Nagle Hagrid wyrywa mnie z rozmyślań i spoglądam na niego spod opuchniętych powiek.
- Tak? - ponaglam go pytaniem.
- Może... masz ochotę na przejażdżkę na Hardodziobie? - uśmiecha się do mnie, a ja próbuję to odwzajemnić, ale marnie mi to wychodzi. Mężczyzna bierze to jako odpowiedź twierdzącą i podaje mi mój płaszcz. Zakładam go i sama wychodzę na śnieg. Na tym hipogryfie miałam okazję przelecieć się tylko raz, ale był to nie lada wyczyn, gdyż Dziobek dopuszcza do siebie tylko nieliczne osoby.
- Dziobek! - wołam hipogryfa, a on przylatuje. - Dziwne... - mruczę pod nosem, kłaniam się mu, a on powtarza mój ruch. Podchodzę do niego powoli. Ostrożności nigdy za wiele.
____________________
Oto macie moją wenę twórczą ^^ Łapcie i czytajcie, bo wena mnie opuszcza... :c
Ehh... co by Wam tu więcej napisać... nic, życzę wesołego po świętach i szczęśliwego nowego roku!
A teraz lecę, bo mój brat mnie straszy skarpetami :p
SilverGold
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz